Banda łysego, czyli co potrafi Pep Guardiola?

Giganci Premier League się zbroją. Pomijając wiele ciekawych transferów, na Wyspy przybyło kilku znakomitych menadżerów. Po rozczarowaniach zeszłego sezonu, do Chelsea przyszedł Antonio Conte, a do Manchesteru United Jose Mourinho. Niebiescy sąsiedzi zza miedzy nie chcieli być gorsi i zatrudnili Josepa Guardiolę, zgodnie wymienianego wśród ekspertów jako absolutną czołówkę trenerską.

CV Hiszpana wygląda imponująco. 14 trofeów z Barceloną, 7 pucharów z Bayernem. W swojej trenerskiej karierze tylko w jednym sezonie nie zgarnął mistrzostwa kraju. Zdobył wtedy „tylko” 91 punktów w 38. kolejkach. Co najważniejsze jednak, Guardiola to fanatyk tiki-taki i ataku pozycyjnego. Począwszy od rezerw Barcelony, poprzez pierwszy jej skład i kończąc na Bayernie, zrewolucjonizował styl grania każdej drużyny. Tam, gdzie inni widzieli metr wolnej przestrzeni, on widział miejsce do kolejnego podania i rozrzucenia akcji. Ten styl przyniósł mu tyle zwolenników, co przeciwników.

Patrząc na lata jego trenerskiej kariery, nie da się nie zauważyć, że Pep to menedżer dość jednowymiarowy. Gdziekolwiek był i cokolwiek by się nie działo, wszędzie próbował z uporem maniaka wprowadzić określoną taktykę. O ile z Barceloną to wychodziło bardzo dobrze (choć i tak nie zawsze), o tyle z Bayernem już tak kolorowo nie było. Dlaczego? Przyczyna jest bardzo prosta – w latach 2008-2010 tiki-taka była czymś nowym, rewolucyjnym. Nikt nie miał na to sposobu (pamiętne 5:0 z Realem Madryt). Nikt nie potrafił Barcelonie zabrać piłki. Z czasem jednak inni trenerzy szli do przodu, a Guardiola stał w miejscu. Uparcie wierzył, że jego styl zrobi z Barcy drużynę niepokonaną. Zweryfikował to wyżej wymieniony Mourinho – w Interze (wygrany półfinał Ligi Mistrzów) i w Realu (Dwa wygrane Gran Derbi w jednym tygodniu). W 2012 roku skończyła się jego przygoda w La Liga. Wicemistrzostwo i strata 9 punktów do Realu zostały odebrane jako klęska.

Po roku przerwy przeszedł do Bayernu Monachium, zastępując odchodzącego na emeryturę Juppa Heynckesa. Monachijczycy byli właśnie po swoim złotym sezonie, w którym zdobyli potrójną koronę. Przychodzi taki Guardiola i co robi? Oczywiście, tiki-taka! Od tego momentu w drużynie Bawarczyków zaczęło się psuć, zaczęły zgrzytać małe trybiki. Hiszpan starał się nie zauważać tego, że Bayern i Barcelona to dwa zupełnie różne środowiska. Katalończycy byli wprost stworzeni do ataku pozycyjnego, mieli genialny środek pola i Messiego, natomiast Bayern Heynckesa bazował na grze skrzydłami (Ribery i Robben) i kontratakach. Hiszpańska rewolucja w niemieckim klubie nie skończyła się najlepiej, mimo że Guardiola miał do dyspozycji o wiele lepszy skład niż jego poprzednik. O ile z wygraniem Bundesligi Bayern oczywiście żadnego problemu nie miał, bo mieć nie mógł, o tyle Ligi Mistrzów nie udało się podbić. Trzykrotnie próbował, trzykrotnie skończył na półfinale, trzykrotnie przegrywając z drużyną z La Ligi. Odpowiednio Real, Barcelona i Atletico uświadamiali Pepowi, że wciąż czegoś brakuje w jego dążącym do perfekcji futbolu. Kibice Bayernu zarzucają mu, że popsuł to, co było już idealne.

Mam w pamięci sytuację, w której Bayern mierzył się z Barceloną w Lidze Mistrzów w 2013 i 2015 roku. Jupp Heynckes powiedział: „Zrobimy wszystko, żeby powstrzymać Messiego”. Efekt? 7:0 w dwumeczu. Po raz pierwszy i ostatni dotąd widziałem kompletnie bezradną Dumę Katalonii. Dwa lata później Guardiola powiedział: „Messiego nie da się powstrzymać”. Efekt? 3:5 w dwumeczu i dwa gole Argentyńczyka. Heynckes doskonale wiedział, że lepiej jest zapobiegać, niż leczyć.

Teraz Hiszpan przychodzi do ligi, w której do tytułu nie dążą dwa zespoły, a cały peleton. Będzie prowadził drużynę, która ma finanse i potencjał na wygrywanie, ale ma też swoje kamyczki w ogródku i problemy, które trzeba rozwiązać. Manchester City to nie Bayern, a Premier League to nie Bundesliga, tutaj mistrzostwo samo się nie wygra. Nie spodziewam się, żeby Guardiola zrezygnował ze stylu, który przyniósł mu tyle trofeów, natomiast jestem zdania, że dopiero tutaj będzie go czekał prawdziwie hardkorowy sprawdzian umiejętności. Czy da sobie radę? Czy dadzą radę Conte, Mourinho, Klopp? Pytań wiele, odpowiedzi na razie mało. Dlatego chyba jeszcze nigdy nie czekałem z taką niecierpliwością na początek sezonu. Niech to się już zacznie. „Let the war begin”.

By | 2016-08-10T00:58:42+00:00 Sierpień 6th, 2016|Bez kategorii, Manchester City|0 komentarzy

About the Author:

Jedyny fan City w promieniu stu kilometrów. I to dłużej niż od roku!

Zostaw komentarz