I nie zmienia się nic…

Po wczorajszym potwierdzeniu transferu Georginio Wijnalduma do Liverpoolu spotkałem się z wielkim entuzjazmem wśród większości polskich fanów The Reds. Tegoroczne wzmocnienia zostały uznane za jedne z najlepszych, jeśli nie najlepsze od wielu lat, a nadchodzący sezon ma być tym, w którym zespół z Anfield w końcu włączy się do walki o mistrzostwo Premier League…

Po niezbyt udanej kampanii dla Liverpoolu, Brendan Rodgers postanowił kolejny raz przypuścić atak na mistrzostwo Premier League. Na najbardziej potrzebującą wzmocnień pozycję bramkarza Irlandczyk postanowił sprowadzić młodego, zdolnego Niemca za kilka milionów euro oraz podpisać kontrakt z 39-letnim Austriakiem, który uzbierał zaledwie 11 występów w ciągu poprzednich 2 sezonów. Nie jest tajemnicą, że gra w obronie nie była najmocniejszą stroną The Reds, więc Rodgers zakontraktował młodego, ale doświadczonego na najwyższym poziomie stopera z Bundesligi oraz pozyskał 30-letniego estońskiego środkowego obrońcę, także z Niemiec. Zawodnicy kupowani po okazyjnych cenach oraz ci bez kontraktów to oczywiście nie jedyni, jacy trafili na Anfield tego lata. Rodgers przeznaczył większość budżetu transferowego na 2 sprawdzonych w Premier League zawodników, Sadio Mane z Southamptonu i Georginio Wijnalduma ze spadkowicza z Newcastle. Obaj gracze pokazali już, że angielski klimat im nie straszny, a przede wszystkim zaimponowali szkoleniowcowi The Reds charakterem. Brendan postanowił także pozbyć się walijskiego pomocnika z najlepszej jedenastki Mistrzostw Europy za kilkanaście milionów funtów. Wzmocnienia wymaga jeszcze pozycja lewego obrońcy, ale zostało jeszcze wystarczająco dużo czasu by przeprowadzić jakiś transfer. Podobno Rodgers jest zainteresowany młodym Anglikiem z Leicester, który nie zadebiutował jeszcze w Premier League. Został mu ostatni rok kontraktu, więc będzie kosztował jedyne 10 milionów funtów…

Coś mi się chyba pomieszało. W końcu na ławce trenerskiej Liverpoolu nie siedzi już sympatyczny Irlandczyk z północy, tylko Jürgen Klopp. To tylko dwa słowa, a zmieniają tak wiele w naszej opowieści. Jestem ciekawy, jak fani The Reds zareagowaliby na ruchy klubu w tym okienku, gdyby menedżerem zespołu był nadal Brendan Rodgers.No ale przecież nie ma co się nad tym zastanawiać, w końcu niemiecki cudotwórca sprawi, nieraz mówił, że wierzy w trening, a w poprzednim klubie z graczy kosztujących kilka milionów funtów zrobił gwiazdy światowego formatu. Ufam Kloppowi, bo już nie raz w swojej karierze pokazał, jak wielkie ma umiejętności. Z drugiej strony jednak nie widzę, by Liverpool wykonał wystarczająco duży postęp, by włączyć się do walki o najwyższe cele.

3450

Zauważyłem także, że sympatycy The Reds przechodzą ze skrajności w skrajność tego lata. Po nieudanej walce o Mario Götze i sprowadzeniu Sadio Mane za niemal rekordową dla klubu kwotę, zaczęto narzekać, że Liverpool powinien sprowadzać zawodników kalibru Niemca, by móc włączyć się do walki o Champions League. Niestety jest to niemożliwe, gdyż żaden z topowych zawodników nie chce przyjść do klubu, który nie gra w europejskich pucharach. Po pewnym czasie głosy niezadowolenia ucichły i zastąpiły je zachwyty nad Holendrem i całą filozofią transferową klubu. Ciągle przypomina się, jak Klopp zamieniał młodych, perspektywicznych zawodników kupowanych za grosze w wielkich graczy, ale zapomina się przy tym, że Mane, czy Wijnaldum są już praktycznie ukształtowanymi piłkarzami i do tego kosztowali bardzo dużo. Cały czas słyszy się, że Liverpool wciąż jest wielkim klubem. Nie potrafi jednak zachecić do siebie zawodników z górnej półki. Jeśli fanów elektryzuje transfer zawodnika klasy Holendra, to niestety sami sobie zaprzeczają, bo w naprawdę dużym klubie ktoś taki byłby co najwyżej ważnym elementem rotacji. Oczywiście nie mam o to pretensji do menedżera i komitetu transferowego, bo to nie ich wina, że Liverpool nie ma wystarczającej renomy, by przyciągnąć do siebie najlepszych. Zastanawiający jest jednak huraoptymizm fanów po dotychczasowych wzmocnieniach, w obliczu transferów Mkhitaryana, Kante, Xhaki, czy Gündogana. To nie ten kaliber, moi drodzy…

Po przybyciu Klavana i Wijnalduma byłem bardzo zadowolony z szybkości negocjacji i szybkiego zamknięcia obu transferów. Sam Holender był pod wrażeniem i nie krył zaskoczenia w swoim pierwszym wywiadzie. Z jednej strony to dobrze świadczy o komitecie transferowym The Reds, ale z drugiej, jeśli to Zieliński był celem numer jeden i nie potrafiono zakończyć sagi z nim związanej w przeciągu ponad miesiąca, a gracz z dalszego miejsca na liście życzeń Kloppa trafia na Anfield po kilku dniach negocjacji, to coś mi nie pasuje. Do tego Zieliński miał kosztować znacznie mniej niż Wijnaldum. Szczerze mówiąc, jestem ostatecznie bardzo zadowolony, bo o ile Wijnaldum nie jest moim zdaniem zawodnikiem, który wzniesie Liverpool do poziomu Champions League, to z pewnością jest o wiele lepszy niż Zieliński. Bardzo chciałbym zobaczyć zawodnika z Polski w czerwonych barwach, ale wątpię, by Piotrek poradził sobie w fizycznej Premier League ze swoim charakterem, na pewno nie teraz. Swoją drogą, bardzo ciekawe, że to Holender był opcją rezerwową dla Polaka, a nie odwrotnie.

Bardzo chciałbym się mylić. Byłoby wspaniale, gdyby po zakończeniu przyszłego sezonu większość fanów Liverpoolu miała rację. Nic nie sprawiłoby mi takiej wielkiej radości, jak oglądanie The Reds na szczycie tabeli pod wodzą kogoś tak wspaniałego, jak Jürgen Klopp. Z nim na ławce trenerskiej optymizm jest wielce wskazany, ale trzeba też pamiętać o umiarze. Niemiec nie jest cudotwórcą i obawiam się, że jeśli kolejny raz zawodnikom z Anfield powinie się noga, to wsparcie kibiców dla szkoleniowca może maleć. Klopp otrzymał, zasłużenie zresztą, wielki kredyt zaufania, ale nawet jemu może on nie wystarczyć. Nie jest przecież tajemnicą, że granica między miłością i nienawiścią jest bardzo cienka na The Kop. Mam nadzieję, że wszystko skończy się jak najlepiej, ale mam w pamięci zbyt wiele rozczarowań związanych z moim ukochanym klubem. Wolę pozytywnie się zaskoczyć, niż cierpieć kolejny raz przez ogromny zawód.

By | 2016-11-12T22:50:54+00:00 Lipiec 23rd, 2016|Bez kategorii, Liverpool, SZWABSKIM OKIEM|0 komentarzy

O autorze:

Lokalne wcielenie Petera Croucha. Podatny na kontuzje niczym Daniel Sturridge postrach orlikowych bramkarzy. Wiecznie zaspany przez NBA i zajęty co weekend przez Premier League student, zapatrzony w Stevena Gerrarda, teog grubego Ronaldo , Kevina Garnetta, Allena Iversona i Joe Allena, przede wszystkim Joe Allena.

Dodaj komentarz