Wszyscy Święci balują w Lidze Europy

Southampton to bardzo specyficzna drużyna. Jeszcze kilka sezonów temu grali w League One i w barażach walczyli o awans do Championship. Później zaczęli zaliczać stopniowy wzrost, którego nie zastopowały zmiana trenera ani sprzedaż kluczowych zawodników. Tak było i tym razem. Mimo, że Święci tu gubili punkty, tam gubili punkty, a w ich szeregach brakowało wyraźnego lidera, to zajęli szóste miejsce. Doprawdy jest to fascynujące.

Początkowo historia była pisana na obcym terenie. Podopieczni Holendra ruszyli na podbój Europy, co dla samego klubu stanowiło pierwszą okazję od sezonu 03/04 do zobaczenia czegoś więcej, niż deszczowego stadionu w Stoke czy pustych trybun Manchesteru City.

30 lipca spotkali się z Vitesse, które znacznie obniżyło loty. Efekty było widać w meczu ze Świętymi, którzy bez problemu wygrali 3:0, a Pellè i Tadić znowu udowodnili, że grać w piłkę to oni potrafią. Rewanż był już tylko formalnością. W mateczniku Koemana padł wynik 2:0 i prawdziwe europejskie rozgrywki były już naprawdę blisko. Jednakże tym razem ogródkiem, gdzie przysłowiowy lisek wita się z gąską, okazał się być duński Midtjylland. Po remisie w Anglii wielu liczyło na poprawę rezultatu i pewny awans. Tym razem tak się nie stało. Żaden z piłkarzy Soton nie był w stanie odpowiedzieć na jedno, jedyne trafienie Rasmussena, wybranego zresztą zawodnikiem spotkania.

Nie pomogli ani Caulker i Oriol Romeu, którzy trafili do klubu na wypożyczenie, ani Cuco Martina, niedawno sprowadzony do Anglii z Twente, ani tym bardziej Juanmi. Były gracz Malagi zagrał niespełna 10 minut. Stało się jasne, że trzeba będzie czegoś więcej i transfery są po prostu koniecznością.

vandajk

Traf chciał, że ten prawdopodobnie najważniejszy został już sfinalizowany. Celtic stracił obrońcę, o którego zabijały się marki większe niż Southampton. Holender Virgil van Dijk wybrał pewny plac gry i z pewnością tego nie żałuje. Nie ma po prostu czego. Jednakże sezon rozpoczął się dość dramatycznie. W pierwszym meczu trzeba było ratować się od porażki z Newcastle United, co udało się dopiero w 80 minucie. Zła passa była kontynuowana w kolejnych dwóch spotkaniach. Najpierw zebrali ostre lanie od Evertonu, a następnie zaledwie zremisowali z beniaminkiem z Watford. Wygrać udało się dopiero z Norwich City na koniec miesiąca.

Nikt jednak się nie cieszył, bo po bezbramkowym remisie z WBA i porażce z Manchesterem United, Święci zajmowali dopiero 16 miejsce w lidze. Oczywiście, pojawiły się pierwsze głosy o zwolnieniu Koemana, które zostały jednak szybko zbyte przez właścicieli klubu z St.Mary Stadium. I znowu okazało się, że to oni mają rację. Southampton zdołał wygrać ze Swansea City, a następnie z powoli ustępującym mistrzem Anglii – Chelsea. W meczu z Łabędziami gola zdobył wspominany już van Dijk, który nie pierwszy raz udowodnił, że nie zawiedzie oczekiwań fanów. Koniec października stał pod znakiem dwóch remisów. Najpierw podzielono się punktami z Leicester, mimo że Soton wygrywało już 2:0, a następnie z Liverpoolem. Październik pokazał więc jak wiele jakości drzemie w zespole Southampton. Martwić mogła jedynie znikająca gdzieś forma Grazziano Pellè.

Włoch powrócił jednak błyskawicznie. Krnąbrny napastnik przypomniał o sobie już podczas starcia z lokalnym rywalem. Bournemouth uległo ostatecznie 9:2, a podopieczni byłego gracza Barcelony powędrowali na wysokie, siódme miejsce w tabeli. Niestety, miesiąc nie zakończył się pozytywnie ze względu na porażki ze Stoke, a także Manchesterem City. Ponadto martwić musiało również kolejne zagubienie formy przez Pellè, ale także przez pozostałych kluczowych graczy pokroju Mané czy Jose Fonte. To jednak nic w porównaniu do grudniowych katorg, jakie musieli przeżywać fani Southampton. Najpierw zremisowali z fatalną Aston Villą, a następnie przegrali z Crystal Palace i Tottenhamem, przez co zdecydowanie odsunęli się od europejskich pucharów. Delikatna poprawa nastroju nastąpiła w Boxing Day, kiedy Arsenal zebrał solidną lekcję futbolu. 4:0 dla Świętych niosło w sobie nadzieję, większą tym bardziej, że do zdrowia powracał rewelacyjny Fraser Forster. Radość była na tyle duża, że nikt specjalnie nie myślał nad stratą punktów w meczach z West Hamem i Norwich City.
Angielski golkiper swój powrót do pełnej dyspozycji pokazał w starciu z Arsenalem gdzie został wybrany graczem spotkania. Interwencje, których dokonywał miały w sobie namiastkę prawdziwej świętości, a on sam był jak św. Piotr pilnujący bram Niebios. Doprawdy, nie ma w tym krzty przesady. Jego występ był określany mianem najlepszego w sezonie, nie tylko spośród bramkarzy. Były gracz Celticu wyciągał się jak struna, a robinsonada była niemalże czymś na porządku dziennym.
forster
Seria meczów bez porażki trwała aż do 27 lutego, kiedy to drużyna uległa londyńskiej Chelsea 1:2. Była to pierwsza strata trzech punktów, od blisko dwóch miesięcy. Kolejne spotkania dają nam istną sinusoidę formy Świętych. Najpierw doszło do porażki z Bournemouth, następnie zaledwie remis z Sunderlandem, by pokazać pazur w starciu z Liverpoolem. The Reds wygrywali już 2:0, ale na trafienia Coutinho i Sturridge’a odpowiedzieli dwukrotnie Mané i raz Pellè. Soton udowodniło, że z pewnością ma podstawy do walki o europejskie puchary, nawet jeśli czasami zawodzi. 
Nie może więc dziwić znakomita forma w ostatnich pięciu meczach sezonu 15/16. Najpierw przytrafił remis z Evertonem, ale później rozbili ostatnią Aston Villę, wciąż silny i próbujący utrzymać Ligę Mistrzów Manchester City, a nawet Tottenham, który udowodnił, że do walki o mistrzowski tytuł jeszcze się nie nadaje. Ostatnim meczem jaki rozegrali Święci był mecz z Crystal Palace. Orły zainkasowały aż 4 ciosy, które zupełnie wystarczyły Świętym do przeskoczenia West Hamu i zajęcia szóstego miejsca w lidze. Jak? Sam nie mam pojęcia.
Choć w sumie to jednak mam. Southampton tracił punkty przez większość sezonu. Patrząc na ich wyniki mam wrażenie, że to raczej drużyna walcząca o spadek. Szkopuł tkwi jednak w tym, że jest to drużyna. Dali się poznać jako grupa zawodników, która tworzy pełny kolektyw. Umiejętności solowe nie są aż tak istotne, jeśli wszyscy wzajemnie się uzupełniają. Fraser Forster wspiera van Dijka, van Dijk wspiera Forstera, a Mané, Ward-Prowse czy inny Davis – Pellègo, Longa bądź Austina. To nie nazwiska się liczą, liczy się team spirit, czyli rzecz w futbolu najważniejsza. Southamptonowi ewidentnie jej nie brakowało.
Na koniec kilka zdań od dziennikarza Sport.pl i fana Ronalda Koemana – Pawła Wilkowicza.
Zacznijmy może od wyjaśnienia: nie jestem kibicem Southampton, jestem raczej zbieraczem holenderskich – czasem też belgijskich, pod warunkiem że flamandzkojęzycznych – tropów w piłce. Southamptonowi się przyglądam właśnie z tego powodu. Dla Ronalda Koemana, trenera którego kiedyś mogłem oglądać przy pracy w Ajaksie i słabość do niego mi została, a o Southampton można dziś powiedzieć, że ten klub to on: jego wizja futbolu, jego piętno, jego miejsce na ziemi. Dla Maartena Stekelenburga, który wtedy stał w bramce Ajaksu. Dla Graziano Pellego, który kiedyś sprawił że połowa dzieciaków z Rotterdamu czesała się tak jak on, a potem wpasował się do Premier Leagua jak na pstryknięcie palców. Dla Virgila van Dijka, w którego przyznaję, wątpiłem jeśli chodzi o przeskok do Premier League, a on w tym sezonie zrobił w Anglii wejście smoka. Ale Koeman już jakiś czas temu się dziwił, dlaczego van Dijka nie powołują do reprezentacji Holandii. Wziął talent, dał mu szkołę i są efekty. Tak jak rok wcześniej do kolejnego skoku w górę szykował Toby’ego Alderweirelda. Tak jak w Feyenoordzie przygotowywał Holandii schematy obronne na mundial w RPA. To jest trener, który się zajmuje trenowaniem, a nie budowaniem wizerunku i jałowymi dyskusjami, choć swoje zdanie ma i jak trzeba, w język się nie gryzie. Musieli w holenderskiej federacji patrzeć na kolejny świetny sezon Southampton z ciężkim sercem: dlaczego o niego nie walczyliśmy, gdy mógł być trenerem kadry. Holandii w Euro nie ma. Southampton w europejskich pucharach będzie drugi raz z rzędu. Koeman zbudował drużynę, na którą się przyjemnie patrzy i która zna swoje miejsce. Tak jak zna je Koeman i stara się – może nauczony pokory w Walencji – kolejne kroki w górę kariery stawiać ostrożnie.
Przyznaję, że miałem też moment zwątpienia, czy uda się powtórzyć świetny pierwszy sezon. Wydawało mi się, że Southampton może zapłacić za grę w Europie. Obawiałem się, że straty z listopada i grudnia, z tego kilkutygodniowego czekania na zwycięstwo, będą trudne do odrobienia. Ale potem przyszło świąteczne przełamanie i 4:0 z Arsenalem, a ostatnie miesiące sezonu były już znakomite. Zwycięstwa nad obydwoma Manchesterami, Chelsea,  wreszcie nad Tottenhamem, i bilet do Europy po kończącym sezon zwycięstwie nad Crystal Palace. Rok temu było siódme miejsce, teraz szóste. Rok temu za Liverpoolem, teraz przed nim. Tylko Europa zostawiła złe wspomnienia, ale może do dwóch razy sztuka?
By | 2016-11-12T22:51:38+00:00 Maj 23rd, 2016|EXCLUSIVE, Southampton|0 komentarzy

About the Author:

Mało znam się na piłce. Ale umiem naciskać klawisze żeby wyskakiwały zabawne wyrazy. Egzegeza na przykład.

Zostaw komentarz