Let’s do a Liverpool, czyli jak popsuć humor milionom fanów z całego świata

Witajcie ponownie. W związku z burzliwym okresem maturalnym musiałem przerwać cykl “Szwabskim okiem”, ale teraz, kiedy mam już to wszystko za sobą, mogę wrócić do pisania. Wprawdzie wrzuciłem już kilka tekstów po zakończeniu egzaminu dojrzałości, ale nadarzyła się idealna okazja do wielkiego powrotu – seria naszych podsumowań minionego sezonu Premier League. Tekst, który macie przed sobą napisałem nocą po finale w Bazylei, więc przygotujcie się na solidną dawkę emocji… Będę musiał trochę odstąpić od dotychczasowej konwencji. Zatem, do dzieła!

Początkiem minionego sezonu, bardzo ważnym kontekstem, który położył pod niego podwaliny, jest właściwie ostatni mecz poprzedniej kampanii. To, co zgotowali koledzy Stevenowi Gerrardowi w jego ostatnim meczu w czerwonych barwach, stanowi idealne podsumowanie tamtego okresu. Postawa The Reds we wszystkich rozgrywkach była bez wątpienia wystarczającym dowodem na indolencję Brendana Rodgersa, który mimo mojej sympatii do niego, minął się z powołaniem. Odejście Luisa Suareza i ruchy, które Irlandczyk poczynił po tym transferze pokazały, ile jest wart bez zawodnika klasy światowej w składzie. Nie potrafię spuentować tej sytuacji lepiej, niż ten filmik:

FSG postanowiło dać jednak drugą szansę Rodgersowi, a ten ruszył na zakupy, które miały zapewnić Liverpoolowi powrót do elity Premier League. W międzyczasie jednak chyba jeden z nielicznych, którzy dawali nadzieję na lepszą przyszłość postanowił odejść na Etihad Stadium. Patrząc z perspektywy czasu, całkowicie rozumiem ten ruch i nieważne jest w tym momencie to, że Raheem Sterling nie poradził sobie w Manchesterze City. Cieszyłem się przez łzy, że za chimerycznego małolata zainkasowaliśmy tak wielka sumę, która pozwoli na sprowadzenie dwóch albo trzech klasowych zawodników. Niebawem wyszło jednak na jaw, że Rodgers lwią cześć kwoty za Sterlinga postanowił wydać na Christiana Benteke. Serio, Benteke. Rodgers chyba bardzo lubi grać w FIFA Ultimate Team. Tak poważnie, to Belg jest naprawdę dobrym napastnikiem, ale to tak, jakbyś kazał skakać Adamowi Małyszowi w nartach Justyny Kowalczyk. Drużyna, która zajęła ostatnie miejsce w Premier League pod względem dośrodkowań, sprowadziła zawodnika, dla którego są one niczym tlen. Christian nie jest klocem, jak chociażby Andy Carroll i potrafi zagrać kombinacyjnie, ale kompletnie nie pasuje do filozofii gry The Reds. Na tej transakcji stracili wszyscy. The Reds wyrzucili w błoto ogromną kasę (nie pierwszy raz zresztą), Aston Villa spadła z ligi, a Benteke z pierwszorzędnego snajpera stał się rezerwowym. Pozostałe nabytki nie okazały się wprawdzie wtopami, ale kosztowały one razem niewiele więcej niż Big Ben, który notabene zapewnił nam niemałą ilość punktów wchodząc z ławki. Firmino pod wodzą Kloppa rozkwitł, a Clyne jeszcze za Rodgersa nie schodził poniżej przyzwoitego poziomu. Adama Bogdana przemilczmy, a na Gomeza i Ingsa musimy niestety poczekać do następnego sezonu. Wielka szkoda.

02_23111843_6199df_2615002a

Początek kampanii zawodnicy z Anfield rozpoczęli w najlepszym możliwym miejscu. Spotkanie na Britannia Stadium zakończyło się wprawdzie szczęśliwie, ale fani The Reds byli świadkami niesamowitego pokazu bezradności. Gdyby nie strzał rozpaczy Coutinho, to już pierwsza kolejka zakończyłaby się podziałem punktów. Asystował mu Gomez, który zajął miejsce Moreno na lewej stronie defensywy. Nastolatek odniósł niedługo potem poważną kontuzję i Alfredo Alberto Moreno powrócił na należne mu miejsce. W kolejnych meczach nastąpił powrót do przeszłości. Świetne spotkania były przeplatane z pokazami głupoty Lovrena, który miał później przejść niesamowitą metamorfozę pod okiem nowego szkoleniowca. O tym jednak później. Przed zremisowanym meczem z Arsenalem w Melwood zapanował niepokój. Jordan Henderson, kapitan, najlepszy zawodnik poprzedniego sezonu, doznał kontuzji. Sztab postanowił nie ryzykować i nie forsować jego powrotu do składu na mecz na Emirates Stadium. Wkrótce okazało się jednak, że uraz Hendersona to nie drobnostka, tylko chroniczne zapalenie w pięcie, które może ciągnąć się za nim przez resztę zawodowej kariery. W ten oto sposób, oprócz najlepszego snajpera, który oblegał gabinety lekarskie, Liverpool stracił prawdopodobnie najważniejszego zawodnika w tamtym okresie. To wszystko wraz gorącym krzesłem rozgrzewającym się pod Rodgersem sprawiło, że mój ukochany klub upadł naprawdę bardzo nisko. Ostatnie lata oprócz ostatniego sezonu Suareza na Anfield nie były szczególnie udane, ale w tym okresie spotkałem się z fanami, którzy kibicowali przeciwko The Reds, byle tylko pozbyć się Brendana z Anfield. Na jednej ze swoich ostatnich konferencji prasowych stwierdził on:

Dajcie mi narzędzia, a wykonam swoją pracę.

Poważnie. Po tym jak przepuścił tyle milionów z budżetu transferowego, a udanymi zakupami w większości były transfery podejmowane z inicjatywy komitetu transferowego. Co do komitetu, to nie wiem, kto wygrałby konkurs na głupotę, on, czy nasz były menadżer. Rodgers, jako entuzjasta młodych zawodników postanowił sprowadzić na Anfield objawienie sezonu z League One. Kibica Liverpoolu i wielkiego fana Stevena Gerrarda. Niestety dla władz klubu pięciu milionowa inwestycja miała być zbyt ryzykowna. Ów młodzian nazywał się Dele Alli.
Po zremisowanych derbach Merseyside czara goryczy się przelała i Rodgers w końcu został zwolniony.

Buxton-22

Na jego miejsce Fenway Sports Group postanowiło sprowadzić kogoś, kto był dla mnie najlepszym prezentem, jaki mogłem sobie tylko wyobrazić. Jürgen Klopp jest moim idealnym człowiekiem na swoim stanowisku. Jego pasja i emocjonalne podeście są tym, czego trzeba na Anfield.  Były szkoleniowiec nie zaliczył szczególnie udanego startu, ale było oczywiste, że ogarnięcie tej stajni Augiasza zajmie bardzo dużo czasu. Zimą byliśmy świadkami nieudanej sagi transferowej, której bohaterem był Alex Teixeira. Patrząc na to, jak skończył Brazylijczyk, ani trochę nie żałuję, że cała sprawa zakończyła się fiaskiem. Pozyskano Marko Gruijcia, który dopiero teraz do nas dołączy oraz wypożyczono Stevena Caulkera, o którym można tylko powiedzieć, że był w Liverpoolu. Z grą jego pobyt nie miał zbyt wiele wspólnego. Później podpisano także kontrakt z Joelem Matipem. Z wychowankiem Schalke wiążę naprawdę duże nadzieje, szczególnie w obliczu absencji Sakho.

Z czasem The Reds zaczęli się rozkręcać i ich gra naprawdę mogła się podobać. Roberto Firmino wskoczył na najwyższe obroty, gra w defensywie z tragicznej zmieniła się w po prostu słabą, a Liverpool z powrotem zaczął przypominać drużynę, a nie zbieraninę zawodników. Mecz z Norwich utwierdził mnie w tym przekonaniu. Chłopcy z Merseyside w końcu pokazali jaja i wyrwali spadkowiczom niemal stracone już punkty w moim zdaniem niemal najlepszym meczu sezonu, zaraz po ćwierćfinale LE przeciwko BVB. Po drodze The Reds przegrali w finale Capital One Cup z Manchesterem City, ale miało się okazać, że był to pierwszy, ale nie jedyny z pucharowych finałów w tym sezonie. Nasz Hames w rundzie wiosennej stał się innym zawodnikiem. Milner stał się najczęściej asystującym graczem w lidze i gdyby nie fantastyczna jesień Özila, to walczyłby o miano najlepszego podającego w lidze. Ku zaskoczeniu fanów Joe Xavi Pirlo Allen obok Nathaniela Clyne’a był chyba najrówniej grającym zawodnikiem w całej drużynie. W międzyczasie nasza łamaga w końcu powróciła do gry. Tym razem jednak na poważnie. W końcu, po ponad roku Daniel Sturridge się wyleczył. Mam nadzieję, że tym razem permanentnie. Po niemrawym początku Stu nareszcie się rozbujał i zaczął prezentować się jak wcześniej. Phil Coutinho, jak to on, potrafił przesądzać o losach meczów, jak i przechodzić obok spotkań. Henderson niestety cały czas zmaga się z dokuczającym mu urazem i ciągle nie może dojść do siebie. Natomiast Dejan Lovren zamienił się z Mamadou Sakho i to właśnie Chorwat stał się najpewniejszym punktem liverpoolskiej defensywy. Francuz natomiast zaczął popełniać kolejne błędy i najlepszym podsumowaniem jego sezonu jest chyba niedawna afera dopingowa. Mam tylko nadzieję, że najczarniejszy scenariusz się nie sprawdzi i zobaczę jeszcze Mamadou w czerwonych barwach.

Tak oto The Reds zaczęli patrzeć nieśmiało ku pierwszej czwórce i pięli się po szczeblach fazy pucharowej Ligi Europy. Po trudnej przeprawie z Augsburgiem Liverpool wylosował chyba najlepiej, jak tylko mógł. Po raz pierwszy w historii mieliśmy się spotkać z naszym największym rywalem w europejskich rozgrywkach. Był to fantastyczny dwumecz, a bramka Coutinho przesądzająca o losach rywalizacji, ach, istny majstersztyk. Po rozprawieniu się z United przyszedł czas na prawdopodobnie najlepszy zespół, jaki występował w tegorocznej Lidze Europy. Już pierwsze spotkanie w Dortmundzie było świetne, ale to, co The Reds zafundowali fanom z The Kop nie mieści się w głowie. Każdy z Was wie, jak zakończyło się to spotkanie. Opisywałem je już zresztą tutaj. Mecz w Dortmundzie stworzył nam kolejnego bohatera. To wtedy Divock Origi rozpoczął swoją świetną passę. Niestety wiosenne derby Merseyside oprócz pogromu Evertonu przyniosły poważną kontuzję Belga. Przez Funesa Moriego wrócił on dopiero na finał Ligi Europy.  Po tym wszystkim Klopp stwierdził, że warto odpuścić Premier League na rzecz europejskich rozgrywek. Liverpool miał bardzo małe szanse na wywalczenie czwartej lokaty w lidze, ale kwalifikacja do Ligi Europy była bez problemu do wywalczenia. Postawiliśmy jednak wszystko na sukces w tych rozgrywkach, co było jeszcze większym ryzykiem. Niemiec zagrał all in. Nie chciał półśrodków i wybrał walkę o Ligę Mistrzów. The Reds nie bez problemów przeszli Villarreal i stanęli przed szansą gry w wielkim finale w Bazylei. Jeszcze przed dwumeczem z Żółta łodzią podwodną niemiecki menadżer zaczął dawać rezerwowym i juniorom szanse w lidze i mimo kilku straconych punktów nie można mieć do niech pretensji. Prezentowali się naprawdę nieźle i bardzo często wychodzili zwycięsko ze starć z ligowymi rywalami. Sheyi Ojo pokazał, że może być kimś, kto zastąpi wcześniej wspomnianego Sterlinga. Ostatecznie Liverpoolczycy uplasowali się na ósmej pozycji i oczywiste stało się, że finał w Bazylei będzie meczem o wszystko.

Liverpool-v-Borussia-Dortmund

Niestety finał zakończył się tak, jak wszyscy wiemy. W ten oto sposób zawodnicy z Anfield zaprzepaścili szansę na przekucie tego średnio udanego sezonu w coś wielkiego. Nie chcę już wracać do oczywistych błędów arbitrów z pierwszej połowy. Druga połowa pokazała, jak wiele pracy czeka jeszcze Kloppa. Jestem bardzo rozczarowany, bo świetna wiosna rozbudziła nadzieje wszystkich kibiców Liverpoolu. Oby porażka z Sevillą nie zniechęciła Mario Götze do przeprowadzki nad rzekę Mersey. Boli mnie, że zamiast przyjścia wielkich nazwisk i hymnu Ligi Mistrzów na Anfield będziemy widzieć mozolna budowę drużyny od podstaw. Może to i dobrze. Mam nadzieję, że Niemcowi uda się stworzyć w Liverpoolu coś wielkiego, jak w Dortmundzie. Nic wprawdzie nie umacnia drużyny tak, jak porażka. Teraz przyjdzie czas na sukces. Next year is our year!

Na sam koniec mam jeszcze dla Was kilka słów od Artura Krysiaka – zawodnika Yeovil Town, prywatnie kibica LFC:

Wiesz jak to mówią. Peter Schmeichel zdobył mistrzostwo Anglii, teraz jego syn również wygrał Premier League a Liverpool dalej bez tytułu. Nie wygląda to dobrze. Teraz przyszedł Jurgen Klopp. Widać zmiany. Do tego stopnia, że nasz manager przygotowując nam materiały treningowe, wzoruje się na Liverpoolu Kloppa. Kiedy patrzysz na LFC jako klub to oczekujesz od nich, że będą wygrywać. Jednak z perspektywy ostatnich lat – należy obecny sezon ocenić na plus. Widać światełko w tunelu. Klopp bardzo dużo poprawił, odmienił tę drużynę. Teraz ważne będą transfery, realne wzmocnienia. Liverpool na pewno będzie groźny dla każdego. Chciałbym, żeby – zachowując proporcje – Liverpool podążył drogą Leicester i zaskoczył wszystkich i wygrał w przyszłym roku mistrzostwo Anglii.

Gratulacje, dotrwaliście do samego końca!

By | 2016-11-12T22:51:39+00:00 Maj 22nd, 2016|EXCLUSIVE, Liverpool|0 komentarzy

About the Author:

Lokalne wcielenie Petera Croucha. Podatny na kontuzje niczym Daniel Sturridge postrach orlikowych bramkarzy. Wiecznie zaspany przez NBA i zajęty co weekend przez Premier League student, zapatrzony w Stevena Gerrarda, tego grubego Ronaldo, Kevina Garnetta, Allena Iversona i Joe Allena, przede wszystkim Joe Allena.

Zostaw komentarz