Zachowana tożsamość

Mówi się, że różnica klasowa pomiędzy Championship, a Premier League jest olbrzymia i jeśli chcesz walczyć w tej wyższej, to musisz dostosować się do panujących tam warunków. Cóż, Eddie Howe i spółka z Dean Court zdali się kompletnie olać te słowa. Konsekwentnie grali swoje, dzięki czemu upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu: utrzymali się, nie tracąc jednocześnie swojej tożsamości. Czy kibic takiej drużyny może chcieć czegoś więcej?

Odpowiedź jest prosta: nie może. Ostatnie lata są bowiem pięknym snem Bournemouth. W przeciągu trzech lat drużyna zdołała awansować do Championship, wygrać te rozgrywki i utrzymać się w historycznym, bo pierwszym sezonie w Premier League. A jak ten historyczny sezon przebiegał?

Jako, że był to debiut w najwyższej klasie rozgrywkowej, to ekipę Bournemouth traktowano trochę jak niemowlę. Różnica polegała jednak na tym, że zamiast pierwszego kroczku była pierwsza bramka, zamiast pierwszego raczkowania pierwsze zwycięstwo, a zamiast pierwszego słowa pierwszy hat-trick. I tak wyliczano Wisienkom ich pierwsze rzeczy, dopóki nie zauważono, że ten pocieszny bobas momentalnie podrósł i jest już pełnoletni. Zdarzały się co prawda jeszcze młodzieńcze głupoty jak chociażby 1-5 z Tottenhamem i City, ale chłopiec z Dean Court z każdym kolejnym dniem nabierał doświadczenia, aż w końcu osiągnął upragniony cel w postaci utrzymania. A to wszystko odbyło się praktycznie bez pomocy dwóch kluczowych ogniw: Wilsona i Gradela, którzy wypadli na długi okres czasu przez kontuzje.

callum-wilson-bournemouth-stoke_3356276

Poza utrzymaniem ważne było również wspomniane już zachowanie tożsamości. O co dokładnie chodzi? Otóż ekipa Howe’a ani przez moment nie zwątpiła w swój styl grania. Taktyka oparta na krótkich podaniach, grze kombinacyjnej i przede wszystkim na parciu do przodu nie zawsze przynosiła pożądany efekt. Świadczy o tym chociażby druga najgorsza defensywa w lidze. Zespół nigdy się jednak nie cofał, wciąż pragnął grać atrakcyjnie dla widza. Wizja równie romantyczna, co szalona. Ważne jednak, że ostatecznie dała utrzymanie i zadowoliła w pełni kibiców. Ci na Wyspach stawiają bowiem niemal na równi sukcesy i styl drużyny.

Samo parcie do przodu i liczne podania nie zapewniłyby jednak utrzymania. Musiało więc stać za tym coś więcej. I w istocie był jeszcze jeden, być może najważniejszy czynnik – przebiegnięte kilometry. Żadna drużyna nie może się bowiem pod tym względem równać z Wisienkami. Potrafili oni zabiegać każdego rywala. Czy było to szturmujące City, czy „kloppowski” Liverpool, nie miało to znaczenia. Ritchie i spółka stosowali nieustanny pressing, dzięki czemu byli jednym z najbardziej niewygodnych oponentów. Nie mogę więc wyjść z podziwu, jakim cudem mieli oni siły, aby tak walczyć w końcówkach. Niemal 30% bramek ich autorstwa padało bowiem między 75. a 90. minutą. Takiej waleczności nie powstydziło by się samo Leicester.

Mimo dalekiego 16. miejsca w tabeli, na pochwały zasługuje tu większość zawodników. A zaczniemy może od polskiego wątku. Artur Boruc nareszcie rozegrał świetny sezon. Nie było wygłupów, kiksów i wpadek. W końcu nasz rodak wyróżnił się dobrą grą między słupkami, niejednokrotnie ratując zespół z opresji. Obrońcy raczej nie byli dla niego ogromnym wsparciem, ale również w bloku defensywnym znajdziemy piłkarzy, którzy spisali się znakomicie. Simon Francis stał się praktycznie liderem drużyny, a Charlie Daniels zademonstrował nam jak skutecznie bronić, a do tego jak być tak efektywnym w ataku (najwięcej asyst spośród obrońców 5). W pomocy największe brawa należą się temu, którego raczej na co dzień nie dostrzegaliśmy. Mowa o Andrew Surmanie. Reprezentant RPA zadbał o to, aby koledzy mogli się bawić w ataku. Sam natomiast „brudził sobie ręce” wślizgami, podcięciami czy wybiciami. No i najważniejsze: jest jednym z dwóch zawodników z pola, którzy nie opuścili ani jednej minuty w tym sezonie w lidze! Tylko Wes Morgan z Leicester może mu z czystym sumieniem uścisnąć dłoń.

2D0B140900000578-3258740-Watford_s_Almen_Abdi_runs_forward_with_the_ball_in_hot_pursuit_b-a-38_1443889462826

Matt Ritchie może nie zachwycił jeśli chodzi o statystyki, ale cały czas prezentował wysoki poziom i wnosił wiele do gry Wisienek. Podobnie możemy powiedzieć o Goslingu czy Pughu. Stanislas i King z kolei nie błyszczeli przez cały sezon, ale z formą odpalili w kluczowym dla klubu momencie, a ich bramki i asysty miały znaczący wpływ na końcowe miejsce zespołu. Na koniec pochwalić należy jeszcze Benika Afobe. Anglik przyszedł zimą do klubu i momentalnie się wpasował. Zaliczył serię trzech kolejnych meczów z bramką i choć na chwilę pozwolił zapomnieć kibicom o absencji Calluma Wilsona.

Niestety nie wszyscy tak dobrze zaaklimatyzowali się na Dean Court. Kompletnym niewypałem okazał się transfer Glenna Murray’a. Były napastnik Crystal Palace właśnie w klubie z Selhurst Park pokazał, że zna się na fachu. W Bournemouth kompletnie się jednak nie odnalazł. Najczęściej „łapał ogony”, dogrywając końcówki spotkań. To jednak i tak pełen sukces przy dorobku Iturbe. O Argentyńczyku głośno było, gdy ogłoszono jego wypożyczenie, a potem? A potem nic. Dwukrotnie wszedł z ławki w meczach ligowych. I w zasadzie tyle go było na Wyspach.

Ten dziewiczy sezon Bournemouth można uznać za pełen sukces. W przeciwieństwie do innego beniaminka z Watford, tu od początku do końca jasny był cel klubu. Zawodnicy mogli więc w pełni skupić się na zadaniu i należycie je wykonać. Na fantazje i wyższe cele przyjdzie jeszcze czas.

Niestety nie udało nam się dotrzeć do żadnego kibica Bournemouth, który chciałby udzielić opinii, dlatego w zamian kilka zdań od naszego redaktora, prowadzącego stronę Niższe Ligi w Anglii Krzyśka Bieleckiego.

Mało kto prześledził, jak wyglądała przygoda Bournemouth w Championship, a przecież w sezonie 13/14 odbili się od ściany, dostając najpierw sześć bramek od Watford, a następnie pięć od Huddersfield. Utrzymanie wcale nie było więc takie oczywiste. Kolejny rok w Championship był już zupełnie inny. Drużyna obyta w tego typu bojach, zaczęła sama gromić rywali. Cztery bramki dostali zawodnicy Huddersfield, aż osiem piłkarze Birmingham City, a sześć gracze Blackpool. Pokaz siły podopiecznych Howe’a zakończył się ostatecznie wygraniem ligi i awansem do Premier League. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ to, co pokazały popularne Wisienki w bieżących rozgrywkach, jest tylko namiastką tego, co mogą zaprezentować za rok. Oczywiście, nie wróżę im od razu wygrania ligi czy nawet miejsca w europejskich pucharach, ale Eddie Howe udowadniał już nie raz, że jest w stanie dokonywać rzeczy niemożliwych i doskonale potrafi wyciągać wnioski z poprzednich doświadczeń. Za rok Bournemouth nie będzie już tym nieznanym beniaminkiem. Jestem w stanie dać uciąć sobie rękę, że Eddie Howe zaliczy kolejny postęp.

By | 2016-11-12T22:51:48+00:00 Maj 18th, 2016|Bournemouth, EXCLUSIVE|0 komentarzy

About the Author:

Wielbiciel filozofii „kick&rush”, cichy adorator Tony’ego Pulisa i miłośnik zimnych, deszczowych wieczorów w Stoke.

Zostaw komentarz