Największe niespodzianki ery Premier League

Wygranie mistrzostwa Anglii przez Leicester City jest bez wątpienia szokiem, najbardziej nieprawdopodobną opowieścią w całej historii angielskiego futbolu. Premier League zaskakiwało nas jednak od początku swojego istnienia, a tych dziesięć wydarzeń trwale zapisało się w pamięci każdego fana.

Rekordowe Derby County

Niektórzy beniaminkowie zapisują się na annałach historii w sposób wyjątkowo pozytywny. Tak zrobiło Newcastle United, które po powrocie do elity w sezonie 93/94 zajęło trzecie miejsce. Podobny wynik osiągnęło Sheffield na przełomie 1992 i 1993 roku, a także Nottingham, które zajęło ostatnie miejsce na podium w sezonie 94/95. Derby County postanowiło podążyć swoją unikatową drogą i ustanowiło rekord jakiego prawdopodobnie nikt nie pobije. Podopieczni Billy Daviesa, a następnie Paula Jewella, zgromadzili szokującą liczbę 11 punktów. Niesamowity rezultat, niesamowity bilans minus 69 bramek, niesamowite 20 miejsce na koniec sezonu 2007/08.

Golleador Kevin Phillips

Świat stał na progu milenium. W angielskiej ekstraklasie rządzili niesamowity Henry, zabójczo skuteczny Dwight Yorke, nieco szalony Paolo Di Canio, czy wreszcie król Alan Shearer. Całą tę elitę podzielił jednak jeden człowiek. Facet, który dopiero co pojawił się w Premier League. Jego gole wprawiły wielu w osłupienie, a Sunderland, w którym dokonywał tych cudów, zajął bardzo wysokie siódme miejsce w tabeli. Najlepsze w swojej historii. Kevin Phillips i jego 30 bramek. Ostatni król strzelców rodem z Anglii.

2000 Phillips 30 goals 2

Oh, again?

Wydawało się, że wreszcie wszystko się kończy. Że ta cała smutno brzmiąca historia wyda wreszcie swój ostatni akord, a od teraz każdy zapomni o tym co było wcześniej. A potem przyjechali ci z Londynu i nic się nie zmieniło. A potem On się potknął, wywalił, upadł. I zgasły nadzieje. Później znowu był Londyn. Cholerna stolica, przeklęte Selhurst Park. Wydawało się, że jeszcze nic nie jest przegrane, że będzie można powalczyć o swoje do końca. A potem dziewięć minut. Delaney, Gale, Gale. A Liverpool znowu pozostał z niczym, utopiony we łzach swojego najlepszego zawodnika.

Niepokonani

Wygranie tytułu w Premier League jest rzeczą dość typową. Sezon w sezon ktoś musi tryumfować, ktoś musi okazać się lepszy. Wszystkich jednak wyróżnia styl i droga, którą muszą przebyć w drodze na szczyt angielskiej elity. Arsenal w sezonie 2003/04 uczynił to w najlepszy z możliwych sposobów. Ani jednej porażki w Premier League. 26 zwycięstw i 12 remisów. Nikt wcześniej nie dokonał podobnej rzeczy, obecnie nikt nawet nie próbuje do tego nawiązywać. Angielska ekstraklasa jest zbyt wyrównana, nikt nie może przejść przez całą kampanię bez uszczerbku. A jednak Kanonierzy to zrobili. The Invincibles.

Noworoczny zwrot

W poprzedniej edycji, Leicester City nie spędziło Bożego Narodzenia w czubie tabeli. Sytuacja była zupełnie odwrotna. Gdy wszyscy odpakowywali prezenty pod choinką i cieszyli się z robotów, rowerów, zegarków, laptopów i innych lalek, podopieczni Nigela Pearsona wyczekiwali punktów. Były im one potrzebne jak tlen. Niestety, starcie w Boxing Day z Tottenhamem zakończyło się porażką. Przegraną, która dała im impuls na resztę walki. Najpierw udało się wywalczyć 7 punktów w pięciu meczach, a potem po chwilowym dołku znowu udało się wrócić na zwycięski szlak. Z 9 ostatnich meczów poprzedniego sezonu Leicester przegrało tylko raz. Wydostali się z samego dna tabeli i narobili niezłego zamieszania w tym kurniku. Oczywiście, jak na Lisy przystało.

Pieniądze szczęścia nie dają

Lato 1996. Do brazylijskiego duetu Juninho Paulista-Emerson Moises dołącza świeżo upieczony tryumfator Ligi Mistrzów. Srebrny Lis, Włoch Fabrizio Ravanelli, prawdziwa gwiazda europejskiego futbolu. Sytuacja ta otwiera wyobraźnię kibiców Middlesbrough. Zaczyna się wielkie marzenie o Europie. Puchary, wyjazdy, Liga Mistrzów. Marzeń czar. Rzeczywistość okazała się być dużo bardziej brutalna. Boro zajmuje dopiero 19 lokatę w Premier League, a dwa finały krajowych pucharów przegrywa. Zamiast happy endu jest mroczny finał. Kopciuszek tylko powierzchownie przeistoczył się w królewnę. Wewnętrznie wciąż pozostał szaraczkiem z Riverside Stadium.

Fabrizio Ravanelli celebrates Middlebrough's goal during the Coca Cola Cup Final against Leicester at Wembley today (Sun). The match finished in a 1-1 draw. Pictue by Martyn Hayhow

Waleczni chłopcy na traktorach

Ipswich Town miało wyboistą drogę do angielskiej ekstraklasy. Awans wywalczyli dopiero w play-offach, gdzie najpierw pokonali Bolton, a następnie Barnsley po nie małej strzelaninie na Wembley, zakończonej wynikiem 4:2. Dużo łatwiej wiodło się Manchesterowi City i Charlton Athletic, którzy uzyskali bezpośrednią promocję. Premier League zweryfikowała to jednak na swój sposób. Obywatele opuścili salony zajmując 18 pozycję i tracąc 8 punktów do bezpiecznej strefy. The Addicks uplasowali się w środku tabeli. Ipswich natomiast powaliło wszystkich na kolana. Walczyli ze wszystkimi do samego końca, odnotowali zaledwie 6 remisów i aż 20 zwycięstw. Największą gwiazdą Ipswich był wówczas Marcus Stewart, który zdobył 19 goli i pod tym względem ustępował zaledwie Hasselbainkowi. Najlepszym okazał się natomiast trener – George Burley. Nie ma co się jednak dziwić. Praca szkockiego menadżera pozwoliła pojechać na traktorach do wielkiej piłkarskiej Europy.

Mistrzowscy spadkowicze

Premier League jest na tyle specyficzną ligą, że tutaj nawet ci z pozoru przegrani, ci którzy żegnają się z angielską ekstraklasą, wcale nie muszą mieć rozłąki z europejskim futbolem na wysokim poziomie. Przekonało się o tym Wigan Athletic, które w sezonie 2012/13 zajęło dopiero 18 pozycję w ligowej tabeli. Podopieczni Roberto Martineza mieli jednak tyle szczęścia i umiejętności, że doskonale poradzili sobie w krajowym pucharze. Po pokonaniu ekip Evertonu, Bournemouth czy Millwall, a w wielkim finale na Wembley, Manchesteru City, sięgnęli po trofeum FA Cup. Wynik ten zdołał zamazać totalne niepowodzenie w 36 ligowych spotkaniach, a hiszpańskiemu szkoleniowcowi przyniósł zainteresowanie ze strony mocniejszych klubów.

Agüeeerooooooooooooooooo

Ci sami Obywatele, już w następnych rozgrywkach angielskiej ekstraklasy, sięgnęli po mistrzostwo kraju. Wydaje się, że nie jest to żadna niespodzianka, bowiem klub ten obok Manchesteru United, Arsenalu czy Spurs był głównym kandydatem do tytułu. Sedno sprawy tkwi jednak w ostatniej ligowej kolejce. W meczu, który uznawany jest za jeden z najbardziej dramatycznych w historii całej wyspiarskiej piłki. Manchester City kontra QPR. Londyński klub miał ten mecz przegrać. Był przez wszystkich skazywany na pożarcie i nie ma co się dziwić. Zajmowali miejsce w dolnej strefie tabeli. Jednakże do 92 minuty niebieska część Manchesteru pozostawała w żałobie. Czerwone Diabły wygrały swoje starcie z Sunderlandem, a oni potrzebowali cudu żeby strzelić dwie bramki w tak krótkim odstępie czasu. Na twarzach Wayne Rooneya czy Fergusona malował się wtedy spokój, ale został on bardzo szybko zmącony. Najpierw Edin Dzeko, a dwie minuty później ten niski Argentyńczyk. 94 minuta i cały stadion, a przede wszystkim Martin Tyler krzyczeli jedno. Agüeeerooooooooooooooooo.

Manchester-City-v-QPR-Sergio-Aguero

 

Królowie z Blackburn

Do tej pory byli jedyną ekipą, która zdołała przerwać hegemonię klubów z Londynu i Manchesteru. Kenny Dalglish i jego niezwykła paczka z sezonu 94/95. Szkocki menedżer dokonał czegoś, czego właściwie nikt się nie spodziewał. Jasne, Blackburn już w poprzedniej kampanii wysyłało mocne sygnały świadczące o ich chęci walki o najwyższe cele. Tym razem jednak powalili wszystkich. Alan Shearer zdobył aż 34 bramki, swoje dołożyła też jedna z legend Norwich City – Chris Sutton, który trafił pod skrzydła szkockiego menadżera za 5 milionów funtów, a w swoim debiutanckim sezonie w barwach Niebieskobiałych ustrzelił 15 trafień. Dorobek tego duetu stanowił ponad 60% bramek Blackburn. Żaden inny tandem z czołówki nie osiągnął takiego wyniku. Zespół z Ewood Park był cholernie konsekwentny w dążeniu do celu. Nie zatrzymał ich wówczas nikt, nawet sam wielki Manchester United.

About the Author:

Mało znam się na piłce. Ale umiem naciskać klawisze żeby wyskakiwały zabawne wyrazy. Egzegeza na przykład.

Zostaw komentarz