Arek, nie spieprz tego.

Od dwóch lat jestem ojcem. Los chciał, że od razu obdarzył mnie dość hojnie. Stan posiadania: dwie córeczki i syn – trojaczki. Życie zmieniło się diametralnie, o przysłowiowe 180 stopni. Wyjścia na piwo z kolegami to towar mocno deficytowy, generalnie czas wolny ograniczony do minimum. Zadbałem jednak o zachowanie autonomii w aspekcie oglądania meczów.

Powiem więcej – udało mi się wynegocjować sporadyczne wyjście na mecz lokalnej drużyny, czego wcześniej nie praktykowałem (sam nie wiem dlaczego). A więc zwykle w sobotę, niedzielę i czasami w poniedziałek z czystym sumieniem mówię żonie: „siadam wygodnie w fotelu i zapinam pasy…” Coraz częściej towarzyszy mi w tym mój syn. Póki co robi wszystko, żeby odciągnąć moją uwagę od telewizora, ale czasami zdarzy mu się zawiesić oko na tym zielonym obrazie, gdzie jakieś ludziki ganiają za białą kulką. Zawsze marzyłem o sytuacji, kiedy siadam razem z synem i oglądamy mecz albo zabieram go na stadion, gdzie przegadujemy godziny, o tym kto jak zagrał. Jednak ten obraz rodzinnej sielanki przerywa jedna myśl i przyznaje – oblewają mnie zimne poty.

A co jeśli mój syn postanowi kibicować innej drużynie niż ta moja, jedyna, ulubiona? To jeszcze nic. Co jeśli wybierze tę, której szczerze nie lubię, największego rywala moich herosów? Czy w ogóle mam na to jakiś wpływ? Okej, jeśli chodzi o klub w Polsce to obaw nie ma. Na 99% wybierze ten lokalny wspierany przez wszystkich w szkole. Tutaj nie będzie miał wyjścia i to będzie (przynajmniej na początku) miłość z rozsądku. Ale co z klubem w Europie? Przecież na bank jakiś sobie upatrzy. Co zrobić, żeby wybrał ten klub, który ja wybrałem? Przecież nie będę mu pokazywał tylko i wyłącznie tych meczów w których „nasi” wygrywają, bo nie jest w stanie tego przewidzieć.

2FAF4CA700000578-0-image-a-4_1451484902324

Przypomina mi się jedna z moich ulubionych książek – „Gorączka futbolu” Nicka Hornby’ego. Kiedy ojciec zabiera go na mecz Tottenhamu – czyli zespołu, który gorąco wspiera. Nie przewidział jednak, że syn zakocha się w rywalu. I to jeszcze jakim? Właśnie w tym najgorszym z możliwych. Sam Nick nie jest w stanie wyjaśnić dlaczego zakochał się w Kanonierach, którzy nawet nie grali wtedy bardzo widowiskowo i przez następne lata dostarczali swoim kibicom głównie rozczarowań i frustracji (brzmi znajomo?). A jednak ich wybrał, a może to Arsenal wybrał jego? Nie przypuszczał pewnie wtedy, że będzie miało to jakikolwiek wpływ na jego relacje rodzinne (inna sprawa, że tak zwariował na punkcie piłki, że miała ona wpływ na całe jego życie). Te wszystkie rodzinne dyskusje a raczej kłótnie która drużyna jest lepsza, która ma lepszych zawodników.

Po dłuższej chwili zastanowienia dochodzę do jednego słusznego wniosku – niestety nie jestem w stanie wpłynąć na to, jaką drużynę wybierze mój syn. To raczej pewne. Ale za to mogę wpoić mu kilka zasad dotyczących kibicowania. Szacunek dla przeciwnika, akceptacja porażki i chyba tę najważniejszą – wspieranie klubu na dobre i na złe. Jesteśmy w momencie, kiedy Leicester nieoczekiwanie wygrywa mistrzostwo Anglii. Kibicowali im prawie wszyscy, pewnie dzięki temu przybędzie im trochę fanów. Tylko, czy jeśli za kilka lat klub opuści Premier League i utonie w Football League, to czy nadal będą ich wspierać? Część pewnie zostanie a reszta… Tak – nie chciałbym w domu sezonowca. Tego postaram się nie spieprzyć.

By | 2016-12-15T13:12:10+00:00 Maj 3rd, 2016|Bez kategorii|0 komentarzy

About the Author:

Zostaw komentarz