Jankocentryzm: Liverpoolski brak wstydu

Oglądając meczów The Reds, podzielone jest na na dwie części. Pierwsza z nich jest jak wejście perkusji w Stairway to Heaven. Dynamicznie, mocno, szybko, z pozoru bez żadnego zastanowienia, a jednak wszystko dzieje się tak idealnie w tempo, że jest się po prostu uduchowieniem tego stanu rzeczy. Tak wyglądała gra z Newcastle przez pierwsze 45 minut. Druga część przypomina Still Loving You Scorpionsów. Niby jest fajnie, niby można się czasami pobujać, ale przez większość czasu jest tak jakoś smętnie, nijak i człowiek pyta, kiedy to się do cholery skończy.

Tak właśnie prezentował się Liverpool w drugiej połowie meczu ze Srokami. Z porządnej, mocno grającej kapeli, przeinaczył się w smętną maszynkę, która nie dość, że usypia swoich zwolenników, to jeszcze daje po sobie jeździć, tracąc zupełnie wiarygodność. Jak doskonale zdajecie sobie sprawę, w Premier League to absolutnie niedopuszczalne.

Nie, nie jestem malkontentem. Doskonale pamiętam o wielkich powrotach tej drużyny, z tym szalonym i nieco absurdalnym ćwierćfinałem Ligi Europy na czele. Zdaję sobie sprawę, że wtedy Liverpool pokazał taki charakter, że wielu kibicom przypomniały się złote czasy drużyny, a wynik zamazał wszelakie złe wspomnienia i rozpoczął okres beztroskiej radości. Tylko wiecie co? Mam taki problem, że oczekuję tego od nich w każdym meczu. Nie liczy się dla mnie rywal. To The Reds stoją na pierwszym miejscu i to oni mają jeździć na dupach do ostatniego gwizdka w meczu. To oni mają pokazywać swoją siłę i nie dać się zdominować. I to z każdym rywalem, w każdych rozgrywkach i o każdej porze. W innym wypadku znowu przytrafi się takie Newcastle United, Sunderland czy co gorsza Southampton.

Liverpoolczycy nie mają w tej kwestii wstydu. Gdyby te mecze zakończyły się jak thriller z Norwich City, to ten tekst nigdy by nie powstał. Problem leży w tym, że drużynie Kloppa brakuje konsekwencji, w ich dążeniu do absolutu, w ich dążeniu do ewaporowania przeciwnika. Zdarzają się nam niesamowite wzloty formy, ale i spektakularne zapaści, które można skwitować jedynie twarzą “grumpy cata”. W żaden sposób nie można nazwać tego stylu ciągłością, która jak wiadomo, jest domeną mistrzów. A przecież to na piłkarskim szczycie zależeć powinno wszystkim najbardziej. Dopóki jednak niemiecki szkoleniowiec w pełni nie wprowadzi swojego heavy metalowego usposobienia w gen ekipy z miasta Bitelsów, dopóty będę czuł w sercu olbrzymi żal, ale i wielką wściekłość na to, że w tym klubie brakuje wstydu i charyzmy. A to jest po prostu nie do pomyślenia.

 

By | 2016-08-09T23:59:50+00:00 Kwiecień 27th, 2016|JANKOCENTRYZM, Liverpool|0 komentarzy

About the Author:

Mało znam się na piłce. Ale umiem naciskać klawisze żeby wyskakiwały zabawne wyrazy. Egzegeza na przykład.

Zostaw komentarz