Stańdo o’clock: Dobry wieczór!

Znam was. Wszystkich. Ciebie, który czyta ten tekst, również. Wiem doskonale, kim jesteś. Wiem dokładnie, co robiłeś w sobotnie popołudnie. To, że powtórzyłeś to w niedzielę – także. Myślisz, że nie mam pojęcia, czego tu szukasz? I że myślisz sobie teraz: „kim do Johna Terry’ego jest ten Stańdo i do czego ten gość zmierza?”. Wiem, dlaczego się tu znalazłeś i mam dla ciebie dobrą wiadomość: dam ci to, czego chcesz.

Jeśli nie jesteś uzależniony od zawrotnego tempa spotkań, olbrzymiego napięcia i nieprawdopodobnych zwrotów akcji, przy których filmy Alfreda Hitchcocka wyglądają jak czołówka na studniówkę – pomyliłem się, a Ty trafiłeś tu szukając jakiejś angielskiej kawiarni i możesz już przestać czytać ten tekst. Jeśli jednak za każdym razem, kiedy zamykasz oczy, widzisz wyrzut z autu Rory’ego Delapa, wyciągniętą pięść Shearera, wciągającego linię nosem Fowlera, uderzenie karate Erica Cantony, poślizgnięcie Gerrarda, walkę Vieiry z Keanem, kurtkę wiecznie czwartego Wengera i to wszystko podczas „cold rainy night at Stoke” żując gumę w stylu Fergusona – nie mogłeś trafić lepiej.

Ustaliliśmy już, że jesteś uzależnionym od angielskiej piłki narkomanem, a ja trzymam w ręku fiolkę narkotyku z napisem „PremierLeague +”. I bynajmniej nie mam na myśli magazynu skrótów, który w sobotni wieczór serwuje widzom Canal+ Sport. Skąd ten plus? Zakładam, że wersję standardową w postaci meczów i podstawowych informacji płynących z Wysp wciągasz nosem. Ten plus to coś, czego szukasz po końcowym gwizdku sędziego. Coś, co wykracza poza statystyki Rafała Nahornego i banały Michaela Owena. Opinia, która zmusi cię do zastanowienia. Komentarz, po którym zaczniesz wyzywać mnie od najgorszych albo przyznasz rację, po staropolsku proponując coś w stylu: „polać mu!”.

Z pewnością niejednokrotnie w rozmowach z kumplem o kilkunastu spoconych gościach w krótkich gaciach, którzy tuż przed chwilą skończyli biegać za piłką, mówiłeś: „człowieku, chyba oglądaliśmy inny mecz”. Niech ten blog będzie miejscem, w którym będziemy oglądać te same zawody, ale pod zupełnie innym kątem i z innej perspektywy. Moim głównym celem jest to, byś po przeczytaniu jakiegokolwiek tekstu pokiwał głową i przyznał: „faktycznie tak było, dlaczego nie zwróciłem na to uwagi?”. Liczę też po cichu na to, że – biorąc pod uwagę twoją wiedzę i zamiłowanie do angielskiej piłki – będzie to działać w obie strony.

Wspomniałem o spoconych gościach i krótkich gaciach – udowodnimy, że mecz piłkarski to coś więcej. Szczególnie w tym najlepszym, angielskim wydaniu. Ale o tym w następnym tekście – dziś robię tylko to, czego uczy dobre wychowanie: witam was wszystkich bardzo serdecznie. Znam was, teraz to wy z każdym tekstem będziecie poznawać mnie. Oby ta znajomość potrwała trochę dłużej, niż podróż z Goodison na Anfield.

By | 2016-12-15T12:52:16+00:00 Kwiecień 26th, 2016|Bez kategorii|0 komentarzy

About the Author:

Zostaw komentarz