Krótki tekst o oszukiwaniu

Przyzwyczailiśmy się, że angielska federacja nie ma zbyt dobrego oka. Od kilku sezonów nominacje do nagrody dla najlepszego gracza sezonu zakrawają o kpinę. Tym razem w tej kwestii nie jest źle, mam spore obawy, co do przyszłego tryumfatora tych rozgrywek.

Niemal pewne jest, że całe podium zgarnie dla siebie niezwykła trójka z Leicester, a zaraz za nimi wyląduje ktoś z dwójki londyńskich bohaterów – Harry Kane albo Dimitri Payet. Problem jednak zaczyna się w momencie, gdy trzeba ustalić, który z zawodników aktualnego lidera Premier League powinien sięgnąć po tę nagrodę. Większość sympatyków angielskiej ekstraklasy domaga się Mahreza, fani niezwykłych historii i walki do końca krzyczą Jamie Vardy… W całym tym zamieszaniu nieco zapomina się o prawdziwej skale Lisów. Doceniany przez naprawdę mało liczną grupę kibiców – N’golo Kanté.

Każdy doskonale zdaje sobie sprawę, że żadnego domu nie powinno budować się na piasku. Prawdziwą opoką jest twardy, pewny grunt. Taki, którego nie rozmyją morskie fale ani nie rozwieją szalone wiatry. Właśnie taką ziemią jest w mojej opinii 25-letni francuski pomocnik. Kimś na kim zawsze można polegać, bez patrzenia na rodzaj i specyfikę gry rywala. O ile Algierczyk i Anglik potrafią strzelić albo przedryblować niemal każdego, to Francuzr potrafi odebrać piłkę wszystkim. Nie ma lepszego od niego w Premier League. Ba! Nie ma nikogo chociażby równego. Kanté wciąga nosem całą konkurencję tak szybko i pewnie jak Charlie Sheen wciąga pewien biały proszek.

Jasne, nie można umniejszać Vardy’emu, ale wielu na równi ze snajperem stawia młodszego Harry’ego Kane albo Sergio Aguero. To całkiem dobry tok rozumowania. Nagrodę bowiem ma nie dostać ktoś, kto jest największym zaskoczeniem, ale facet, który jest definitywnie najlepszy w tym co robi, a jego zasługi są nieocenione. Podobnie sprawa ma się z Mahrezem, były piłkarz drugoligowego francuskiego Le Havre jest bez wątpienia geniuszem w tym sezonie, ale niektórzy próbują z nim równać Payeta. Nie jest to rzecz jasna porównanie na wyrost. Algierczyk dominuje w ilości strzelonych bramek na mecz, ma również nieco więcej asyst, ale zdecydowanie przegrywa w ilości wykreowanych sytuacji i kluczowych zagrań. Tutaj były gracz Lille ma ponad dwukrotną przewagę; czegoś takiego nie znajdziemy wśród rywali niewysokiego defensywnego pomocnika. Odstają wszyscy – jego rodak Schneiderlin, Anglik Dier, a nawet kolega z drużyny – Drinkwater. Cheikhou Kouyaté natomiast wypada na ich tle tak blado, że szkoda go nawet porównywać.

Wobec powyższych słów będę się czuł naprawdę oszukany, jeśli N’golo Kanté nie zdobędzie nagrody dla najlepszego gracza sezonu. Oglądając pomocnika Leicester City mam wrażenie, że Claude Makélélé wcale nie zakończył swojej piłkarskiej kariery. On zażył serum młodości i gra w drużynie Lisów.

Kante vs Makelele

By | 2016-11-12T22:52:07+00:00 Kwiecień 19th, 2016|BLOGI, JANKOCENTRYZM, Leicester City|0 komentarzy

O autorze:

Mało znam się na piłce. Ale umiem naciskać klawisze żeby wyskakiwały zabawne wyrazy. Egzegeza na przykład.

Dodaj komentarz