“Still I rise” – myśl przewodnia kariery Andre Graya

28 kwietnia 2012 roku. Highbury. 4446 osobowa widownia na stadionie. Jamie Vardy ubrany w trykot Fleetwood Town przeciwko Luton rozgrywa właśnie swoje ostatnie spotkanie jako piłkarz amatorskiej ligi. Drużyna obecnego napastnika Leicester przegrywa 0:2, a jedną z bramek dla rywali strzela Andre Gray, wówczas nikomu nieznany chłopak z przestępczego Wolverhampton.

Jeszcze kilka lat temu anonimowy chłopak, inkasujący 200 funtów tygodniowo  za szturchanie się łokciami w amatorskiej lidze. Obecnie najlepszy strzelec Championship, który już niebawem może wkroczyć na ścieżkę elitarnej Premier League i podążyć drogą Jamie Vardy’ego. Sytuacja z 2012 roku mogłaby posłużyć jako scenariusz filmowy, w którym to jeden bohater ustępuje miejsce z piedestału drugiemu. Piedestału gwiazdy ligi amatorskiej – żeby być dokładnym.

– Futbol amatorski i profesjonalny? Jest tyle małych różnic, które przeobrażają się w jedną wielką.

Wychowany w Wolverhampton, gdzie od nastoletnich lat zyskał miano ulicznego chuligana. Był członkiem gangu, w którym obecność mogła trwale zniszczyć jego życie. Do dziś na swojej twarzy ma „pamiątkę” w postaci czterocalowej blizny po jednej ze scysji kiedy to został ugodzony nożem podczas bójki w 2011 roku. Pomimo tego Andre nie zapomina o swojej przyszłości – nadal trzyma się tych samych osób, ponieważ jak sam twierdzi „życie jest krótkie i nie chcesz później żałować decyzji podjętych w przypływie chwili. Po incydencie z nożem w roli głównej pomyślałem, że muszę uporządkować swoje życie. Był to mój wstęp do lepszego życia, w którym główną rolę miał odgrywać futbol. Taki pozytywny gwóźdź do trumny”.

gray2

Swoją prawdziwą przygodę z piłką zaczynał w Shrewsburry, w niewielkim mieście położonym na zachodzie Anglii. W The Shrews jednak nie udało mu się zrobić wybitnej kariery i powędrował na pierwsze wypożyczenie – do amatorskiego Tefford United, a następnie do Hinckley, które wówczas występowało w Conference North, czyli na szóstym poziomie rozgrywkowym w Anglii. Warunki do gry i życia były trudne. Andre inkasował za grę tygodniowo 200 funtów, co porównując do dzisiejszych zarobków wydaję się kroplą w morzu. Po dwóch latach, dokładnie w lipcu 2012 roku, po Graya zgłosiło się Luton Town i napastnik za 40 tysięcy funtów wylądował w League Two.

– Gdy grałem w amatorskiej lidze, nie winiłem nikogo za taki stan rzeczy. Zarabiałem 200 funtów tygodniowo. Jestem zadowolony z drogi jaką przeszedłem. Początek w amatorskiej lidze jest najlepszą rzeczą, jaka mogła przydarzyć mi się w życiu. Nigdy nie zapominam, skąd jestem, kim są moi przyjaciele i rodzina. Nie lubię ludzi, którzy stają się aroganccy pod wpływem zer na koncie. Wszyscy jesteśmy przecież równi, wycięci z tego samego materiału.

gray1

W Luton na dobre udało mu się rozpowszechnić swoją markę. W dwóch sezonach dla czwartoligowego zespołu wpakował 55 bramek, co natychmiast zainteresowało kluby z Championship, a konkretnie mowa o Brentford. Dla Pszczółek nie był już tak skuteczny, jak w Luton, ale nadal trzymał na tyle zadowalający poziom, że ponownie spekulowano o jego transferze. Tym razem Andre wpadł w oko Seana Dyche’a. Ginger Mourinho (przydomek menedżera Burnley) wydał na napastnika rekordowe 6 milionów funtów, za co był niezwykle krytykowany przez kibiców. Główne zastrzeżenie? Brak doświadczenia w Premier League. Dodatkowo pojawiły się spekulacje, że Gray kosztował kilka milionów więcej, co jeszcze bardziej wniosło rwetes przy Turf Moor.

Ile zapłaciliśmy za Graya? Tego nie wie nawet sam piłkarz – czy to było 6, 9, 12 czy może 17 milionów funtów – żartował na łamach Telegrapha Dyche miesiąc po transferze.

Andre szybko wkomponował się do nowego zespołu. W dwóch pierwszych kolejkach sezonu strzelił dwie bramki i zaliczył dwie asysty, co sprawiło, że kibice natychmiast go pokochali, a Dyche mógł odetchnąć z ulgą. Sympatycy klubu zaczynają w Grayu dostrzegać podobiznę do Charliego Austina oraz Danny’ego Ingsa, którzy także przeszli podobną karierę, rozpoczynając swoją przygodę z piłką od amatorskich zespołów, by później zostać gwiazdami ich ulubionej drużyny.

Burnley obecnie jest na najlepszej drodze, aby w kolejnym sezonie występować w Premier League. Jeśli zadanie powrotu do elity zostanie wykonane, jednym z głównym fundamentów awansu będzie angielski napastnik, który nie uniknie porównywań do Jamie Vardy’ego. Patrząc jednak na dokonania napastnika Lisów możemy stwierdzić, że Gray lepiej przystosował się do warunków Championship. Vardy w dwóch sezonach dla Leicester na zapleczu ekstraklasy trafił „zaledwie” 20 bramek. Andre w niepełne dwa sezony ma ich na koncie dwa razy więcej.

gray3

Przypadek napastnika Burnley pokazuje cała prawdę o angielskim futbolu. Diamenty, które muszą przedzierać się przez pokrzywy i błoto w amatorskich ligach, są na drugim biegunie w porównaniu do dumnych nastolatków, wywodzących się z klubowych akademii, zarabiających horrendalne pensję na poziomie 20-30 tysięcy funtów tygodniowo, pomimo braku jakichkolwiek osiągnięć.

– Myślę, że gracze wywodzący się z nieprofesjonalnych lig marzą o zrobieniu kariery. Z całym szacunkiem, ale jeśli ktoś od dzieciństwa miał podawane wszystkie zachcianki na złotej tacy, nie będzie mógł potrafić docenić wartości pieniądza. Trudno jest obchodzić się z pieniędzmi, będąc nastolatkiem. Jeśli nie masz wokół odpowiednich ludzi, przepadniesz. Twoje ego zmienia się w jednej chwili. Nie ma sensu płacenia piłkarzom tak dużej ilości pieniędzy, ponieważ to zabije w nich miłość do futbolu.

– Nie ma nic złego w dążeniu do kupna dobrego samochodu, fantastycznych ubrań czy ekskluzywnych zegarków. Wielu znajomych także zatrudnia szoferów, aby wozili ich wszędzie tam, gdzie tego sobie życzą. Ale ja mam własne ręce i nogi. Jeśli pojadę na zakupy, nie wynajmę swoich znajomych, by nosili za mną moje torby. To byłoby dla mnie uwłaczające.

W ciągu czterech lat wartość Graya wzrosła od 40 tysięcy funtów do 10 milionów. Praca z trzema różnymi menedżerami (old-schoolowym Johnem Stillem w Luton, Markiem Warburtonem w Brentford oraz z Seanem Dychem w Burnley) okazała się idealną ścieżką do rozwoju.

Myślą przewodnią jego życia jest zdanie „Still I rise”, które wytatuował na swojej lewej piersi. Motto jednak nie symbolizuje tylko drogi jaką podąża w futbolu, lecz jednocześnie charakteryzuje jego życie. Rozpoczynając od młodego chuligana, żyjącego na łasce matki i dziadków, a kończąc na ustatkowanym mężczyźnie, który teraz zarabiając krocie może im się za wszystko odwdzięczyć.

– Udało mi się kupić dom dla mojej mamy. Nie była z tego zadowolona, ale postanowiłem sam to rozstrzygnąć. Teraz nie musi się niczym martwić. Również opiekuję się przyrodnim bratankiem, Codym, którego ojciec zginął kilka lat temu. On myśli, że stałem się bogaty bez żadnej pracy. Chcę mu dać cały dobrobyt, na jaki ja nie mogłem liczyć, oczywiście dając mu do zoruzmienia, że nie może dostać wszystkiego dla jego dobra.

gray4

Doświadczenie życiowe nauczyło go roztropności. Ciągła pogoń za marzeniami i stawiane przed sobą cele – między innymi gra dla reprezentacji Anglii, powodują, że ciągle – tak jak mawia jego motto – rośnie. On nie afiszuje swojego sukcesu. Ba – potwierdza, że w życiu, jak i karierze piłkarza trzeba mieć po prostu szczęście.

– Grałem w Telford z Damienem Reevesem, który zdobył w jednym sezonie 40 bramek. Tylko to było bez znaczenia, bo żaden klub z wyższej ligi nawet na niego nie spojrzał.

Dla Graya futbol jest czymś prostym. Presja? A cóż to takiego? Dla napastnika liczy się jedno – zdobywanie bramek. Zapytany o sumę pieniędzy, jaką zapłacono za niego w ubiegłym roku, skwitował kolokwialnym „taka jest zasada futbolu”. Teraz czas, by te zasadę sprawdził w Premier League. Nikomu innemu tego bardziej nie życzę.

By | 2016-11-12T22:52:09+00:00 Kwiecień 13th, 2016|Bez kategorii, Burnley|0 komentarzy

About the Author:

Wielbiciel Mourinho, sympatyk Chelsea, maniak filmowy. Kolejność przypadkowa.

Zostaw komentarz