Jankocentryzm: Dwa światy strefy spadkowej

Nie żebym był tym jakoś specjalnie zaskoczony albo nawet lekko poruszony, ale Aston Villa przegrała swój dwudziesty drugi mecz w bieżącym sezonie. Co gorsza, zrobiła to w stylu, którego nie sposób określić mianem jakiejkolwiek walki. Beznadzieja po prostu emanuje z drużyny z Birmingham. Piłkarzom brak ambicji, dla większości z nich klubowe barwy nie znaczą kompletnie nic. Dość powiedzieć, że jednym z najbardziej i najciężej harujących graczy na boisku był Irlandczyk Jack Grealish. Ten sam chłopak, który równie mocno, a może nawet i bardziej, znany jest ze swoich prywatnych ekscesów, niż umiejętności piłkarskich.

Wobec tej powolnej, ale nieustępującej agonii The Lions, zwolnienie Remiego Garde wydaje się być kolejnym wielkim błędem działaczy angielskiego klubu. Skoro francuski szkoleniowiec był obdarzony zaufaniem aż do tej chwili, pomimo tego, że w ich grze ciężko było znaleźć jakiś nawet i najmniejszy plus, to dlaczego zwalniać go w takim momencie sezonu? Do końca tej kampanii Premier League podopieczni Blacka, który został tymczasowym menadżerem, rozegrają jeszcze 6 spotkań. Zaledwie tyle meczów. To zdecydowanie zbyt mało by cokolwiek zmienić. Drużyna znajduje się w takim położeniu, że nie pomoże jej już kompletnie nikt. Niezależnie od tego czy trenerem zostałby Nigel Pearson, David Moyes, sir Alex Ferguson czy cholerny Harry Houdini. Aston Villa pożegna się z angielską ekstraklasą i to w naprawdę fatalnym stylu, który będzie można porównać tylko i wyłącznie z postawą Edena Hazarda w tym sezonie. Belg jest zdecydowanie najbardziej rozczarowującą postacią całej wyspiarskiej piłki. Okrągłe zero bramek w lidze jest prawdziwym upokorzeniem. Więcej strzelili chociażby Emmanuel Adebayor, Gareth Mcauley, Martin Skrtel czy Alexandre Pato… debiutujący właśnie w meczu z Aston Villą.

***

Na swoje szczęście nie tylko podopieczni szkockiego szkoleniowca prezentują się niezbyt okazale. Swój mecz przegrało Newcastle United, a Sunderland zdobył zaledwie jeden punkt w starciu z WBA. Oznacza to tyle, że niezależnie od wyników ich zaległych meczów będą niżej w tabeli niż Norwich City – ostatni bezpieczny zespół angielskiej ekstraklasy. Czasu jest już coraz mniej, a Kanarki zupełnie nie mają zamiaru odpuszczać na finiszu tegorocznej kampanii.

Ich ostatniemu meczowi znowu patronował Alfred Hitchcock. Prawdziwy dreszczowiec na Carrow Road został okupiony dwoma golami niepokornego Alexandra Mitrovica, który powoli zaczął pokazywać, że z Erickiem Cantoną łączy go nie tylko wygląd i charakter, a także bramkami obrońców Alexa Neila i finałowym zagraniem Mbokaniego, który strącił ekipę Rafaela Beniteza do dziewiątego kręgu piekła; tym razem Norwich udało się uniknąć dramatu jaki rozegrał się w meczu z Liverpoolem i to oni ostatecznie wyszli z pojedynku z tarczą. Jak prawdziwi gladiatorzy, którymi wypełniona jest ta drużyna. Patrząc na nich próżno szukać finezji i niezwykłych zagrań. Znajdziemy tam natomiast walczaków. Klose, Howson, Naismith, a na samym czele Gary O’Neil. Faceci, którzy rzucą się pod nogi każdemu byle wyszarpać jeden punkt. Często płacą za to rozciętymi łukami brwiowymi, ale nikomu to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – odnajdujemy w tej ostatniej bezpiecznej drużynie, w tym siedemnastym legionie, coś, czego nam zaczęło trochę brakować. Znajdujemy w Norwich City esencję wyspiarskiego futbolu.

By | 2016-11-12T22:52:15+00:00 Kwiecień 6th, 2016|JANKOCENTRYZM|0 komentarzy

O autorze:

Mało znam się na piłce. Ale umiem naciskać klawisze żeby wyskakiwały zabawne wyrazy. Egzegeza na przykład.

Dodaj komentarz